Kiedy już jesteśmy wewnętrznie przekonani, że powinniśmy się zmienić, ponownie włączają się emocje, które mogą nam to przekonanie zagłuszyć. I o tym trzeba pamiętać. Emocje pojawiają się bowiem również na etapie, kiedy jestem już pewien, że muszę zdecydować, ale jeszcze tego nie zrobiłem, czyli właśnie między przekonaniem a podjęciem decyzji. Kluczowym czynnikiem jest wówczas odwaga.

W Księdze Liczb czytamy o tym, jak zareagował Izrael, gdy wreszcie, po czterdziestu latach błąkania się po pustyni, zbliżył się do Ziemi Obiecanej. Izrael wchodzi do Kanaanu i Mojżesz wysyła ludzi, żeby zrobili rozeznanie w terenie:

Po czterdziestu dniach wrócili z rozpoznania kraju. Przyszli na pustynię Paran do Kadesz i stanęli przed Mojżeszem i Aaronem oraz przed całą społecznością Izraelitów, złożyli przed nimi sprawozdanie oraz pokazali owoce kraju. I tak im opowiedzieli: „Udaliśmy się do kraju, do którego nas posłałeś. Jest to kraj rzeczywiście opływający w mleko i miód, a oto jego owoce. Jednakże lud, który w nim mieszka, jest silny, a miasta są obwarowane i bardzo wielkie. Widzieliśmy tam również Anakitów. Amalekici zajmują okolice Negebu; w górach mieszkają Chetyci, Jebusyci i Amoryci, Kananejczycy wreszcie mieszkają nad morzem i nad brzegami Jordanu”. Wtedy próbował Kaleb uspokoić lud, [który zaczął się burzyć] przeciw Mojżeszowi, i rzekł: „Trzeba ruszyć i zdobyć kraj – na pewno zdołamy go zająć”. Lecz mężowie, którzy razem z nim byli, rzekli: „Nie możemy wyruszyć przeciw temu ludowi, bo jest silniejszy od nas”. I rozgłaszali złe wiadomości o kraju, który zbadali, mówiąc do Izraelitów: „Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu. Widzieliśmy tam nawet olbrzymów – Anakici pochodzą od olbrzymów – a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach” (Lb 13,25–33).

adventure-1850912_1920

Izraelici są u progu upragnionego kraju, celu ich wędrówki przez wszystkie te lata. To próg decyzji, odmiany, kolejnego etapu. Na ich oczach spełnia się Boża obietnica o kraju mlekiem i miodem płynącym. I co robią? Boją się wejść. I wtedy właśnie odważny, zdecydowany Kaleb mówi, że trzeba wyruszyć!

Taka walka toczy się w nas na progu ważnych decyzji. Walka lęku, niepokoju, histerii, wyolbrzymiania – i wreszcie odwagi. Strach potrafi nas wówczas sparaliżować. Jak pisze Małgorzata Wałejko na swoim blogu: „Na odpowiedzialność składają się decyzje, których się boimy; do których stajemy się dziś coraz bardziej niezdolni”.

Właśnie lęk wysysa z nas energię. Sprawia, że radość z odkrytej prawdy, przemiana umysłu, która się dokonała, a która rodzi tyle nadziei i światła, pokazując jednoznaczny kierunek, wyparowuje z nas w momencie, gdy jesteśmy już prawie u celu. Wybranie jednego z kierunków studiów, jednej posady, jednego współmałżonka, jednej drogi powołania pozbawia nas wszystkich innych możliwości. Wybór jednego powoduje stratę innych. Każdy życiowy wybór ma w sobie coś ze straty, stąd lęk.

Czasami powstrzymuje nas również obawa przed reakcją otoczenia. Chcielibyśmy się zmienić, ale boimy się, że ta zmiana zostanie przyjęta z lekceważeniem. Boimy się, że coś stracimy w oczach tego drugiego. Pewien jezuita powiedział kiedyś zdanie, które utkwiło mi w sercu: „Ja nie wstydzę się udawać świętego”.

Gdy próbujemy się zmieniać na lepsze, przychodzi Szatan i przekonuje: „Zobacz, jak ty śmiesznie wyglądasz, wykoślawieniec i popapraniec! I ty pchasz się do świętości, zachciało ci się do nieba?! Wieśniak, który zawsze chodził w oberwanych gaciach, a teraz próbuje w smokingu! Jesteś śmieszny i żałosny, przestań!”.

Tak jest z każdą podejmowaną przez nas próbą. Początkowo wygląda to niezgrabnie. Boimy się śmieszności. Czasem boimy się utraty drugiego człowieka. Tam, gdzie jest jakaś dysfunkcja między małżonkami, gdy jedno zaczyna się zmieniać, nagle w tym drugim rodzi się niepokój. Pojawia się też lęk przed przeszkodami: „Nie dasz rady, zrobisz tylko z siebie pośmiewisko, już tyle razy próbowałeś i co?”. Miałem tak z rzucaniem palenia: próbowałem, próbowałem… I w końcu się udało!

To nie jest tak, że nasze próby nic nie znaczą. One przygotowują sprzyjający grunt. To jest zapracowywanie w naszej osobowości na tę być może n-tą próbę, która wreszcie przyniesie rezultat. Odwagi! Nie jesteśmy sami! Jest Pocieszyciel. Paraklet, który dodaje nam otuchy, który nieustannie powtarza: „Odwagi!”, który ciągle przypomina nam, kim naprawdę jesteśmy: umiłowanymi dziećmi Boga. Paraklet, jak pokazuje tłumaczenie, to nie tylko pocieszyciel, ale i obrońca, adwokat, a więc ktoś, kto ciągle usprawiedliwia i mówi: „To nieprawda, co o tobie mówi ten głupiec i kłamca, twój oskarżyciel przede Mną i przed samym tobą, Szatan. Nie wierz mu, to kłamstwo, co mówi o tobie!”.

Trzeba wzywać Ducha, który nas oświeca. Potrzebujemy też wciąż na nowo odświeżać w sobie prawdę o Bogu, który nas obdarzył wielkim darem wolności i który obiecuje: „Ja będę z tobą na tej drodze. Jestem jako wierny towarzysz, jako Ten, który walczy za ciebie, Ja Jestem, nie bój się”.

Decyzja jest jak król, który stoi w powozie i jest gotów do walki. Czeka tylko na umówiony znak. Nasze przekonanie wewnętrzne to posłaniec do króla z wiadomością, że czas ruszyć do walki. Ale między posłańcem a królem stają straże – i to są nasze uczucia. Posłaniec musi przekonać straż, że ma naprawdę ważne informacje dla króla, aby go przepuściła. I to jest właśnie dialog umysłu z uczuciami, które się pojawiają. Potrzebujemy umocnienia od Ducha Świętego po to, żeby móc z tymi uczuciami rozmawiać. Aby umieć przekonać je, że warto dokonać zmiany. Aż straże puszczą nas do króla, a ten zawoła: „Na koń!”.

Bo przecież to, co czyni nas świadkami Chrystusa w świecie, to odwaga i cierpliwość. Pierwszy chiński ksiądz katolicki, dziś już błogosławiony, miał na imię Augustyn. Żył w XVII wieku. Kiedy miał dwadzieścia lat, jeszcze jako poganin, zaciągnął się do wojska. Dostał rozkaz eskortowania pojmanych chrześcijan do więzienia. Zrobili na nim tak kolosalne wrażenie swoją cierpliwością i odwagą, że obraz ten stał się pierwszym impulsem do jego nawrócenia. Potem spotkał kapłana, który głosił mu Chrystusa, a trzydzieści lat później sam został księdzem. Kiedy miał sześćdziesiąt dziewięć lat, za to, że udzielał sakramentu chorym w szpitalu, został skazany na karę sześćdziesięciu uderzeń bambusowym kijem po kostkach i osiemdziesięciu skórzaną podeszwą po twarzy. Wskutek obrażeń po paru dniach zmarł.

Jezus uprzedzał nas o tym, że świat będzie reagował na Ewangelię w sposób paradoksalny:

Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy (Mt 10,16–23).

Bo z jednej strony ten świat łaknie Dobrej Nowiny, ale z drugiej – nie umie jej przyjąć. Jest jak zdemoralizowane dziecko, które spędziło wiele lat w sierocińcu, wzrastając tam w nienormalnych warunkach, a potem trafiło do domu, gdzie jest kochane. I choć jest teraz szczęśliwe i chce być w nowym miejscu, to jednak stara natura potrafi nieraz tak z niego wyleźć, że po prostu opadają ręce, bo robi się okrutne i agresywne. Tak jest z tym światem.

Dlatego Jezus posyła nas jak owce między wilki. Ostrzega: „Bądźcie trzeźwi, miejcie świadomość, że reakcje na Dobrą Nowinę, którą macie głosić, mogą być bardzo różne. Nie zniechęcajcie się. Jeśli was w jednym mieście będą prześladować, idźcie do następnego”.

Jezus wzywa do wytrwałości, do odwagi, do wierności w głoszeniu Ewangelii. Nie możemy być dezerterami, zamknąć się w jakiejś chrześcijańskiej sekcie, gdzie będzie nam dobrze samym ze sobą. Jesteśmy katolikami, którzy są wezwani do tego, żeby głosić Jezusa całemu światu, powszechnie. Katolikos znaczy ‘powszechny’.

Tak właśnie mówi reguła dominikańska, która nakazuje nam głosić Chrystusa wszędzie, wszystkim i na wszelkie sposoby. I do życia według tej reguły dominikańskiej jesteśmy wezwani wszyscy jako katolicy, i to jest nasza radość i duma, nawet jeśli w konsekwencji mogą się podziać rzeczy zupełnie nieoczekiwane, trudne i przykre.

2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *